Kierowca-kobieta w F1, czyli prosty sposób na zarabianie

Dzisiejsza wiadomość o zbliżającym się debiutanckim teście w samochodzie F1 Carmen Jordy zmusiła mnie do pewnej refleksji. I doszedłem do wniosku, że marketingowcy F1 odkryli bardzo prosty sposób na zarabianie i rozgłos.

Kobiety w MŚ F1 to zawsze było coś niezwykłego, gdyż w ciągu 66 lat przewinęło się ich niewiele, raptem sześć, ale tylko Włoszki Maria Teresa de Filippis i Lella Lombardi dostąpiły zaszczytu pościgania się z mężczyznami, a ta ostatnia dodatkowo wywalczyła pół punktu w skróconym wyścigu o GP Hiszpanii 1975.

Poza tym sekstetem jeszcze kilka pań dostąpiło zaszczytu potestowania samochodu F1.

Ale w ostatnich latach wzrósł trend zatrudniania kobiet w F1 z myślą o programach rozwojowych. Niestety w jednym przypadku, córki byłego kierowcy F1 Emilio de Villoty, Marii, zakończyło się to tragicznie. Hiszpanka zmarła w październiku 2013, 15 miesięcy po jej tragicznym wypadku [w wyniku uderzenia głową w otwartą naczepę straciła oko i doznała rozległych obrażeń twarzoczaszki] podczas testów na brytyjskim lotnisku, gdy zasiadała za kierownicą samochodu Marussia.

Moim zdaniem ów trend to pomysł marketingowców, aby przy pomocy pięknych pań podreperować budżet i wizerunek zespołów. Piękne kobiety przyciągają kamery, fotoreporterów, a to z kolei przekłada się na więcej informacji w prasie, zwłaszcza tej kolorowej i wzrost zainteresowania wśród sponsorów, gdyż niedrogim kosztem można rozsławić swoją markę. Przecież częściej robi im się zdjęcia i je publikuje, a to zwiększa zasięg potencjalnej reklamy. A panowie lubią ładne buzie, więc a nóż dostrzegą coś więcej. Także dla tych pań to spory rozgłos i sposób na zarobek poprzez różne kampanie reklamowe w prasie kolorowej.

Jak wiemy, F1 to drogi sport, a nowy regulamin techniczny jeszcze mocniej wywindował koszty. Swoje robi też powszechny kryzys finansowy na świecie i działania Berniego Ecclestone’a, który wykorzystując siłę F1 wyciąga ekipom sponsorów. Te bronią się na wszelkie sposoby i by podreperować budżety eksplorują wszystkie opcje. Chodzi o ekipy prywatne, gdyż fabryczne są podłączone do kont swoich firm matek, a poza tym mogą liczyć na sponsorów – partnerów ‚swoich rodziców’.

W 2011 roku Lotus wpadł na pomysł, by ściągnąć do programu rozwojowego kobietę i lawina ruszyła. Tą kobietą była de Villota, która zaliczyła jeden test, ale głównie ćwiczyła w symulatorze. W marcu 2012 została kierowcą testowym w Marussii, ale wyżej napisałem, jak się to skończyło.

W międzyczasie Williams zatrudnił Susie Wolff, która po latach startów w DTM została kierowcą rozwojowym. Głównie po protekcji swojego przyszłego męża [choć oficjalna wersja jest inna], który wówczas był współwłaścicielem Williamsa i jednym z ważnych dyrektorów. Dwa lata temu Austriak odszedł z ekipy z Grove do Mercedesa, ale wciąż ma udziały w Williamsie, zaś jego żona zdążyła awansować na kierowcę testowego i wziąć udział w czterech piątkowych treningach [po raz ostatni w miniony piątek na Silverstone], stając się pierwszą kobietą od dwóch dekad, która pojawiła się w czasie weekendu GP.

Rok temu kierowcą stowarzyszonym z Sauberem została Szwajcarka Simona de Silvestro, mająca za sobą doświadczenie w IndyCar, ale po kilku testach, które miały doprowadzić Simonę do oficjalnych piątkowych występów, program został zakończony. Skończyła się kasa.

Na ten sezon Lotus przygarną inną Hiszpankę Carmen Jordę, ale 27-latka poza urodą niczym się nie wyróżnia. Lecz kamery ją kochają, podobnie jak Susie Wolff, więc media o niej piszą i cyrk się kręci. Carmen ogłosiła, że wkrótce wznowi jazdy w symulatorze, które mają ją przygotować do debiutanckiego testu w samochodzie F1 na dalszym etapie sezonu, ale daty nie ma. Zapewne chodzi o zorganizowanie kolejnych sponsorów, którzy jej to umożliwią, a ten anons prasowy miał pomóc ich znaleźć.

Władze F1 mają jednak swoją idolkę, którą chętnie widziałyby w tym sporcie, gdyż zwiększyłaby zasięg marketingowy w USA, bardzo ważnym rynku. Ta jednak nie chce do F1, nawet nie kusi ją amerykański zespół Haas, który w przyszłym roku ma zadebiutować w ‚Jedynce’. Mowa rzecz jasna o Danice Patrick, jedynej kobiecie, która wygrała wyścig serii Indycar na japońskim torze Motegi.

Niestety, pań z talentem do kręcenia kółkiem w takim sporcie jak F1 praktycznie nie ma. Ale kobieta w F1 to 100% sukces marketingowy i prywatne zespoły coraz częściej będą je zatrudniać. Praktycznie niczym nie ryzykują, a zarobek i rozgłos pewny. Czekamy zatem na kolejnych odważnych szefów ekip, bo chętne są.

PS: Dziękuję za zwrócenie uwagi. Rozpędziłem się i przypisałem Danice zwycięstwo w Indy500. W rzeczywistości w tym wyścigu była na podium, konkretnie na 3. miejscu i przez jakiś czas w jednej z poprzednich edycji prowadziła.

Reklamy

Posted on 9 lipca 2015, in Publicystyka and tagged , , , , , , , , , , . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: